wtorek, maja 25, 2010

W Polsce dyscy zabami, u nas prezentami czyli Baby Shower

Ja leniwiec czasem jestem (jak klikniecie na slowo leniwiec to zobaczycie jaki - po tylku tez sie lubie czasem poskrobac :D) wiec w woli wstepu co to takiego ten baby shower odsylam niewtajemniczonych na ta stronke. :)

Oprocz tego, ze leniwiec to i wybredzioch okrutny, a co za tym idzie, idea zebrania sie bab przekupek (w tym przypadku autochtonskich) do qpy, bajczenia bez mozliwosci lykniecia sobie lampki dobrego czerwonego, gry i zabawy, przyklejony sztuczny usmiech do twarzy, piskliwy okrzyk radosci przy otwieraniu kazdego prezentu nawet tego, ktory nie podpadl przyszlej mamie do gustu (ale darowanemu koniowi wiadomo co, dziekuje sie tutaj za gift receipt (paragon) i leci sie na drugi dzien do sklepu oddac lub wymienic :) nie podpadla mi specjalnie do gustu. Zreszta nasza polska tradycja swietowanie przed narodzeniem szkraba chyba nigdy nie bylo w modzie. Chociaz z drugiej strony wiem, ze w Polsce swietnie bym sie bawila w psiapsiolskim gronie na zlocie brzuchatych, ale to taka dygresja.

I czy baby shower przypadl do gustu czy nie, za duzego wyboru nie mialam. Kumpele sie postawily i dyscyk zorganizowaly. Postawilam tylko jeden warunek (bo nie bylabym soba): imprezka z grillem, procentami, chopami i pod naszym dachem. Towarzycho polsko-amerykanskie wiec trzeba bylo dorzucic naszego lokalnego akcentu. :)

Mowisz – masz i imprezka wyszla calkiem przednia. Chata zostala udekorowana, przyozdobiona balonami i swiezymi kwiatami, zarelka mnostwo na stole, gry a i owszem tez byly (co prawda wiekszosc nie poswiecala chyba zbytnio im uwagi :), byly i schlodzone procenty, chopy siedzace na tarasie wtorujace Stefkowi, ktory zaciecie grillowal i oczywiscie tort rozmiarow amerykanskich i male upominki dla gosci.
Bylismy ze Stefkiem naprawde bardzo milo zaskoczeni (dziewczyny stanely na wysokosci zadania) i zadowolnieni, ze moglismy sie tak wszyscy zebrac do qpy, bo pozniej sami wiecie, bedzie roznie i podluznie.

poniedziałek, maja 24, 2010

Gabinet kosmetyczny

33 tygodniowy babel w brzucholu, a mamuska byla wstanie wlasnorecznie sie wypedicurowac bez wiekszych akrobacji. Zoska-Samoska byc z siebie zadowolniona, ze jeszcze nie musi byc od drugiej osoby uzalezniona.

niedziela, maja 23, 2010

Dzieci Wolnego Chowu

I ja chyba się do nich zaliczam. Pamiętam, że będąc szczenięciem, chyba 8/9-więcioletnim, pojechałam sama, korzystając z komunikacji miejskiej, na drugi koniec miasta po mamę do pracy. W dodatku była to podróż z przesiadką (tramwaj + autobus). Byłam z siebie naprawdę dumna i blada i wdzięczna rodzicom, że byli na tyle odważni aby mi zaufać i samą puścić. Ciekawe czy takie wspomnienia z dzieciństwa przełożą się na wychowanie naszego szkraba. Czas pewnie pokaże.

A dlaczego ja dzisiaj o tym? Otóż, przeczytałam właśnie ten oto świetny artykuł na gazecie wyborczej o dzieciach zielono-nóżkach.

piątek, maja 21, 2010

Kolorowy swiat malucha czyli zlobkowa nora

Wybralismy sie ze Stefkiem na zwiady do jednego z ”lepszych” zlobkow w okolicy, nota bene polecanego przez jednego z moich szefow.
Nie, nie jestem za tym zeby oddawac 3 miesieczna kruszyne, na dobra sprawe jeszcze wegetujaca, do zlobka. Uwazam, ze to stanowczo za wczesnie, i chyba chcialam sie tylko utwierdzic w tym przekonaniu.

Otoz jak to wyglada?

Dzieci przyjmowane sa juz - uwaga – od 6 TYGODNIA (i czy to nie jest brutalizm/egoizm)!!! Osobne klatki dla dzieciakow od 6 tyg. – do 6 m-ca; od 6 m-ca do roku i dla tych powyzej roku, co to juz na swoich nogunach potrafia sie utrzymac.
Takie rozwiazanie akurat mi sie podobac, ale podobno nie wszedzie taka polityka.

Muzyczka w tle na recepcji zapodana, mile powitanie, usmiech przyklejony do twarzy pani przewodnik, optymistyczne nastawienie - zapraszamy na wycieczke.

Pierwszym punktem wycieczki bedzie klatka na niemowlakow, ktora jest niemalze wysterylizowana (alergia w przyszlosci zagwarantowana) - bez szpitalnych butow nikt nie ma prawa wstepu.
Okno na swiat (znaczy sie na parking) jest, ale bez mozliwosci uchylenia/otwarcia.
Pokoik malusienki, bo lozeczka zajmuja ¾ miejsca. Normalnie mozna sie klaustrofobii nabawic, nie mowiac juz o braku swiezego powietrza. A przeprzaszam, przeciez klimatyzacja hula.
Na moje pytanie czy dzieci sa wyprowadzane na pole (bo ja Krakus :), przewodnik odpowiada: o "NIE, nie ma takiej mozliwosci, dzieci sa jeszcze stanowczo za male." Wychodzi na to, ze gnija w tej klatce przez caly dzien bez mozliwosci dostania naturalnej dawki witaminy D. Ale w sumie, po co nam promienie sloneczne jak mozna zapodac suplement w postaci tableteczki.
Zabawek swoich, znaczy malucha edukacyjnych nie mozna przyniesc, nawet tych wysterylizowanych. Dzieko spedza czas albo w lozeczku albo w tak zwanym kolysaczu.
Z plusow jedyne tylko to, ze kazde bobo ma swoje lozeczko (posciel zmieniana codziennie), mleko, pieluchy, etc. sa przyniesione z domu. Jedna opiekunka przypada maksymalnie na dwa niemowleta.
Nie ma narzuconego grafiku dnia, wszystko elastyczne w zaleznosci od okolicznosci czyli maluch narzuca co bedzie w danej chwili robil.
Oraz po kazdym dniu, rodzic dostaje raport z informacja ile kupek bobo zrobilo, jak dlugo marudzilo, ile zjadlo, spalo, itd.

Dobrze, zapraszamy teraz do NORY. A dlaczego nory? Otoz dzieciom powyzej 6 m-ca okno na swiat juz nie jest potrzebne. Jak sie dzieko nie napatrzylo na samochody parkujace i odjezdzajace przez pare ostanich miesiacy swojego zywota, to jego strata (z drugiej strony niemowle wzrokiem daleko nie siega wiec moze powinnam pomyslec, ze to zadna strata). Ewentualnie jak pogoda pozwoli, to spacer RAZ dziennie bedzie przewidziany co by nadrobic straty. Generalnie, w norce troche smierdzi i jest duszno. Po dwoch sekundach mialam serdecznie dosc.
Wielkosciowo pomieszczenie niczym sie nie rozni od poprzedniego, lozeczka zajmuja polowe, druga polowa przeznaczona dla raczkow nie-boraczkow.

Przechodzimy dalej mijajac plac zabaw dla starszych dzieciakow mieszczacy sie na sali obok (ZE CO, plac zabaw w pomieszczeniu?!?!?!? widocznie mam nieco inne wyobrazenie gdzie powinien sie znajdowac plac zabaw), oczywiscie bez okien. Az chce sie BAWIC!
W salce obok, a przepraszam, na placu zabaw opiekunka praska pila o sciane (myslac, ze dzieci swietnie sie bawia), wykrzykujac radosnie yeeee, a dzieci generalnie stoja nieruchomo, bez zadnego wigoru jak muchy w smole. A gdzie jakas interakcja z dzieckiem czyli rzucamy delikatnie pileczke, dzieko probuje zlapac, odrzucic?? Masakra jakas!!! Nie wiem, moze wyciagam pochopne wnioski po paru minutach wizyty, ale nie zrobilo to na mnie najlepszego wrazenia.

"Maja panstwo ochote zobaczyc sale dla ”starszakow”?" Dlaczego nie, teraz to juz chyba mnie nic nie zdziwi.

Otwieraja sie drzwi – niesamowite, naturalne swiatlo wpada przez okna.
Sala w sumie srednich rozmiarow (bardzo wzgledne pojecie, wiem – powiedzmy, ze 20m2), gdzie polowa przeznaczona jest na jadalnie - dwa czy trzy male stoliczki, przy kazdym cztery krzeselka. Druga polowa z miejscem do zabawy i na, nie wiem co to bylo, bo lozeczkiem/materacem bym tego nie nazwala. Wielkosciowo cos a’la mata na zajecia z jogi, moze troche krotsze wygladajace jak stepper. Grunt to moc uciac sobie drzemke w komfortowych warunkach.
Posilki dla starszych dzieciakow sa przygotowywane na miejscu, ale cudow sie nie spodziewam. Naogladalam sie programu Jamie Olivier’a (dla zainteresowanych zapraszam na jego strone), ktory dobitnie zobrazowal czym dzieciaki sa karmione w juesejskich szkolach wiec odpowiednio sobie wyobrazilam i zlobek. Zapytalam tylko czy mozna przynosic swoje jedzenie. Oczywiscie, ze nie. Tylko w przypadku gdy dziecko jest alergikiem i nie akceptuje serwowanych potraw.
Nie pytalam sie juz jak wyglada program edukacyjny dla dzieci w przedziale wiekowym 1-3, bo tym sie bede martwila jak przyjdzie na to pora. Pewnie jak mala skonczy roczek, to nas juz dawno tu nie bedzie.

No coz, widocznie mam wygorowane wymagania, moze jestem z innej epoki (nie da sie ukryc, PRL’u), moze nie powinnam porownywac realiow hamerykanskich do polskich (ktore musze przyznac sa chyba o niebo lepsze), ale za zadne skarby swiata nie oddam malej do takiego zlobka. I chyba nie jestem jedyna w tej bajce - zapraszam na bloga kolezanki, ktora wyczerpujaco opisala jak wyglada jedno z przedszkoli w Houston (przyznam, ze po przeczytaniu sie zalamalam).

A tak nawiasem, gdyby kogos interesowalo – tygodniowy koszt zlobka $350 (sa i takie, gdzie mozna zostawic $500 - bez komentarza)

środa, maja 19, 2010

Jeszcze tylko maj, czerwiec i....

...wakacje :), które zaczniemy nietypowo od porodówki, a później hacjenda przez 12 tyg. czyli macierzyński. Tak, mam to szczęście, że będę mogła opuścić stanowisko pracy na CAŁE 12 tygodni, co w juesej można nazwać rarytasem (ba, nawet będę miała płacone 100%, a to już w ogóle raj na ziemi), ale z mojego punktu widzenia jest to czysty kapitalizm-brutalizm. Co prawda, jak wszystko dobrze pójdzie, to może nawet nie będę musiała brać pod uwagę scenariusza pozostawienia 3 miesięcznego maleństwa pod opieką obcej osoby, ale homo - nigdy nic nie wiadomo, ja do pracy wrócić muszę tak czy siak i w związku z tym trzeba być na wszystko przygotowanym więc na dzień dzisiejszy powrót do pracy po tak krótkim okresie czasu mnie przeraża. Ale, ale póki co, tryskam optymizmem i pracuje wytrwale dopóty, dopóki mi wody nie odejdą, a później się zobaczy.

Trafiło się ślepej kurze

Tym razem nie ziarno, a mandacik... pierwszy za żywota (cholerka), ale jak to mówią kiedyś musi być ten pierwszy raz. Policja nadciąga z PRZECIWKA, a mama-racer jakby nigdy nic grzeje jedyne 60/35mph. Boszzz, gdzie ja miałam oczy?!, ehhh!
Oczywiście nie zdawałam sobie sprawy z jaką prędkością pędziłam (no ba, patrzyłam przed siebie, a nie na prędkościomierz) więc jak mnie pani policjantka oświeciła, to stwierdziłam, że jest źle, bardzo źle, bo baby nie przegada, nie oczaruje oczętami a skończyć się może na wizycie w sądzie za reckless (brawurową jazdę) i odebraniem prawka.
Ale poddać się nie poddałam, tylko próbowałam panią nabrać na pełny pęcherz, bo w końcu mała cisnęła. :) W sumie żadna to ściema, ale dzięki temu, skończyło się tylko na mandacie, ufff. Jeszcze nie wiem ile taki wygibas pociągnie mnie po kieszeni, bo pani nie była w stanie udzielić mi takiej informacji (dziwne). Muszę zadzwonić pod podany przez nią numerek i wtedy się dowiem. Mam tylko nadzieje, że nie będzie w cenie laktatora, który sobie wczoraj wypatrzyłam.
Tiaaa, życie jest piękne.

środa, maja 12, 2010

Jak uciac sobie drzemke w pracy

Sa takie dni w zyciu To-be'sia plci zenskiej, ze musi odblynac (chociaz na chwile) w samym srodku dnia. Organizm, bezczelnie nie pytajac mnie o zdanie czy moze, poddaje sie i wtedy nie ma rady, tylko doczolgac sie do furmanki, rozlozyc siedzenie pasezera i poduszka pod glowe.