Od jakiegos tygodnia, no moze troche dluzej, trzyma mnie za reca i nogi syndrom wicia gniazda (nesting syndrome) i nie puszcza. Uczepil sie wiesniak jak rzep psiego ogona. Energii mam za dwoch, co powoduje, ze mnie cholernie roznosi. Latam po chacie jak strus pedzi wiatr, gora, dol, dol, gora (glownie fizycznie pracujac) i raczej nie da sie mnie zatrzymac – robie myk, myk i pozostawiam za soba smuge dymu. :D Na pupsku nawet minuty nie usiedze czyli relaks i czytanie ksiazki kompletnie odpada. Klade sie spac dobrze po polnocy, a budze juz o 5-tej, po prostu rewelka.
A wszyscy doradzaja, spij kobieto, bo pozniej nie bedziesz mogla, odpoczywaj, zbieraj sily na final... tia, to chyba nie jest realne w moim przypadku. Poza tym, chetnie zakupilabym dawke cierpliwosci, bo tego zaczyna mi powoli brakowac, a przeciez planawany termin dopiero na jutro. No coz, nalezy sobie powtarzac, kilka dni czekania w obliczu minionych 9 miesiecy, to przeciez pestka.
poniedziałek, lipca 12, 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)