Jak odliczanie, to może przy okazji krótkie podsumowanie.
Patrząc z perspektywy ostatnich ośmiu miesięcy, które naprawdę szybko przeleciały i dużo pozytywnych emocji wywołały, ciąże ogólnie zaliczam do przyjemnego stanu bycia (przygody, sprzyjający apetyt, zachcianek niestety brak, edukacja, podróże i wahania nastrojów wywołane przez hormonów burze), ale gdybym była słonicą, pewnie inne miałabym zdanie. 9 miesięcy w zupełności wystarczy, zgodzą się ze mną Drogie Panie?
Z wehikułem czasu:
Miesiąc pierwszy – żyjemy w błogiej nieświadomości nadchodzących zmian okoliczności i planujemy wycieczkę do Mehiko na święto Indora
Miesiąc drugi – odkrycie pasażera (aha, wyczuł Mehiko nosem – hotel all inclusive, gorąca plaża, ruiny Majów – a co sobie będzie żałował, dołącza do ekipy dwóch włóczykijów i koniec kropka, a to dopiero początek rozdziału roztropka)
Miesiąc trzeci – pierwsze widzenie: „Proszę się tak na mnie nie patrzyć, na razie wyglądam jak żaba, ale z czasem będę wyglądać jak prawdziwa baba :)" – zadowolniona w stanie nieważkości zapowiada się na 13 lipca.
Ogólne zmęczenie popołudniowe zaczyna się odzywać, za to porannych przygód nie doświadczam, jedynie brzuchol musi być napełniony 24 na dobę co by nie dopadło uczucie lekkiego kacorka. Za dobre zachowanie i kooperacje, i to ze, święta, święta czas podróżowania, zabieramy żabkę do Nju Jorku.
Miesiąc czwarty – kolejne widzenie, tym razem ukazuje się mały człowieczek, który zaczyna się rozrastać i naciskać mamie na nerw rwy kulszowej. BÓL nie do opisania, przez dobry tydzień gryzę ściany, nie mogę chodzić, leżeć, stać i z tego wszystkiego spać. I ktoś tu mówił, że ciążą należy się cieszyć, tiaaa a ja nic tylko WYJE...No cóż, life is brutal and full of zasadzkach and sometimes nerwas w dupas.
Miesiąc piąty – robak wspina się na kolejny szczebel drabiny odpuszczając z nerwa, ale żeby nie było za kolorowo, chodzę sobie ze zdrętwiałą stopą. Ale co tam stopa, jak mały pasożyt zaczyna strzelać pierwszymi kopniakami, od razu zapomina się o jakichkolwiek niedogodnościach. Wybieramy się na kolejne widzenie – jak mawiała, żaba babą się stała. Miło mieć sojusznika na pokładzie chociaż muszę przyznać (jak dziwnie to brzmi), że zajęło mi dobry tydzień przestawienie świadomości, ze na pokładzie nie ma męskich kości.
Miesiąc szósty – po przygodach z nerwami, wszystko wraca do normy; sielankowe życie (szkoda, że w abstynencji, bo aura sprzyjająca, do chluśnięcia zimnego piwka zachęcająca), brzuchol w końcu się pompuje.
Miesiąc siódmy – no żesz, kolejna przygoda – ząb mądrości ze snu mnie budzi i przyszła mama nieźle przy tym marudzi. ALE na szczęście sonogram 3D rekompensuje ból. Mała za bardzo nie chciała się wdawać w interakcje z nami - ziewnęła z cicha, założyła noguna na głowę - tak to już jest z babami.
W związku, że dawno nigdzie nie podróżowaliśmy, zabieramy małą do Ohio, odwiedzić rodzinkę i pokazać wieś spokojną, wieś wesołą.
Miesiąc ósmy – już niedługo, coraz bliżej... brzuchol się rozrasta, my się szkolimy i ćwiczymy wdechy i wdechy na weekendowym kursie rodzenia, przygotowania w toku, generalnie bez większych zmian. Pozytywny przypływ energii i wyjazd nad ocean co by się trochę pobyczyć i zrelaksić.
Miesiąc dziewiąty - rolka się roluje, nierealistyczny stan bycia... podekscytowanie i strach. A będzie rozwarcie i parcie, rach ciach ciach i... i ciąg dalszy nastąpi...
środa, czerwca 16, 2010
niedziela, czerwca 13, 2010
13-nastego wszystko zdazyc sie moze
Na szczescie jeszcze sie nie zdazylo i nadal jestem w jednej czesci wiec
drodzy panowie i drogie panie, powoli zaczynamy odliczanie.
Tygodni do dnia wielkiego-upragnionego zostalo tylko ctyry, ale jak wiadomo, teraz na kazda chwile trzeba byc juz przygotowanym (oby mi tylko wody nie odeszly w pracy, ale znajac moje szczescie, to kto wie... ), z torba w recach spakowanym.
drodzy panowie i drogie panie, powoli zaczynamy odliczanie.
Tygodni do dnia wielkiego-upragnionego zostalo tylko ctyry, ale jak wiadomo, teraz na kazda chwile trzeba byc juz przygotowanym (oby mi tylko wody nie odeszly w pracy, ale znajac moje szczescie, to kto wie... ), z torba w recach spakowanym.
wtorek, maja 25, 2010
W Polsce dyscy zabami, u nas prezentami czyli Baby Shower
Ja leniwiec czasem jestem (jak klikniecie na slowo leniwiec to zobaczycie jaki - po tylku tez sie lubie czasem poskrobac :D) wiec w woli wstepu co to takiego ten baby shower odsylam niewtajemniczonych na ta stronke. :)
Oprocz tego, ze leniwiec to i wybredzioch okrutny, a co za tym idzie, idea zebrania sie bab przekupek (w tym przypadku autochtonskich) do qpy, bajczenia bez mozliwosci lykniecia sobie lampki dobrego czerwonego, gry i zabawy, przyklejony sztuczny usmiech do twarzy, piskliwy okrzyk radosci przy otwieraniu kazdego prezentu nawet tego, ktory nie podpadl przyszlej mamie do gustu (ale darowanemu koniowi wiadomo co, dziekuje sie tutaj za gift receipt (paragon) i leci sie na drugi dzien do sklepu oddac lub wymienic :) nie podpadla mi specjalnie do gustu. Zreszta nasza polska tradycja swietowanie przed narodzeniem szkraba chyba nigdy nie bylo w modzie. Chociaz z drugiej strony wiem, ze w Polsce swietnie bym sie bawila w psiapsiolskim gronie na zlocie brzuchatych, ale to taka dygresja.
I czy baby shower przypadl do gustu czy nie, za duzego wyboru nie mialam. Kumpele sie postawily i dyscyk zorganizowaly. Postawilam tylko jeden warunek (bo nie bylabym soba): imprezka z grillem, procentami, chopami i pod naszym dachem. Towarzycho polsko-amerykanskie wiec trzeba bylo dorzucic naszego lokalnego akcentu. :)
Mowisz – masz i imprezka wyszla calkiem przednia. Chata zostala udekorowana, przyozdobiona balonami i swiezymi kwiatami, zarelka mnostwo na stole, gry a i owszem tez byly (co prawda wiekszosc nie poswiecala chyba zbytnio im uwagi :), byly i schlodzone procenty, chopy siedzace na tarasie wtorujace Stefkowi, ktory zaciecie grillowal i oczywiscie tort rozmiarow amerykanskich i male upominki dla gosci.
Bylismy ze Stefkiem naprawde bardzo milo zaskoczeni (dziewczyny stanely na wysokosci zadania) i zadowolnieni, ze moglismy sie tak wszyscy zebrac do qpy, bo pozniej sami wiecie, bedzie roznie i podluznie.
Oprocz tego, ze leniwiec to i wybredzioch okrutny, a co za tym idzie, idea zebrania sie bab przekupek (w tym przypadku autochtonskich) do qpy, bajczenia bez mozliwosci lykniecia sobie lampki dobrego czerwonego, gry i zabawy, przyklejony sztuczny usmiech do twarzy, piskliwy okrzyk radosci przy otwieraniu kazdego prezentu nawet tego, ktory nie podpadl przyszlej mamie do gustu (ale darowanemu koniowi wiadomo co, dziekuje sie tutaj za gift receipt (paragon) i leci sie na drugi dzien do sklepu oddac lub wymienic :) nie podpadla mi specjalnie do gustu. Zreszta nasza polska tradycja swietowanie przed narodzeniem szkraba chyba nigdy nie bylo w modzie. Chociaz z drugiej strony wiem, ze w Polsce swietnie bym sie bawila w psiapsiolskim gronie na zlocie brzuchatych, ale to taka dygresja.
I czy baby shower przypadl do gustu czy nie, za duzego wyboru nie mialam. Kumpele sie postawily i dyscyk zorganizowaly. Postawilam tylko jeden warunek (bo nie bylabym soba): imprezka z grillem, procentami, chopami i pod naszym dachem. Towarzycho polsko-amerykanskie wiec trzeba bylo dorzucic naszego lokalnego akcentu. :)
Mowisz – masz i imprezka wyszla calkiem przednia. Chata zostala udekorowana, przyozdobiona balonami i swiezymi kwiatami, zarelka mnostwo na stole, gry a i owszem tez byly (co prawda wiekszosc nie poswiecala chyba zbytnio im uwagi :), byly i schlodzone procenty, chopy siedzace na tarasie wtorujace Stefkowi, ktory zaciecie grillowal i oczywiscie tort rozmiarow amerykanskich i male upominki dla gosci.
Bylismy ze Stefkiem naprawde bardzo milo zaskoczeni (dziewczyny stanely na wysokosci zadania) i zadowolnieni, ze moglismy sie tak wszyscy zebrac do qpy, bo pozniej sami wiecie, bedzie roznie i podluznie.
poniedziałek, maja 24, 2010
Gabinet kosmetyczny
33 tygodniowy babel w brzucholu, a mamuska byla wstanie wlasnorecznie sie wypedicurowac bez wiekszych akrobacji. Zoska-Samoska byc z siebie zadowolniona, ze jeszcze nie musi byc od drugiej osoby uzalezniona.
niedziela, maja 23, 2010
Dzieci Wolnego Chowu
I ja chyba się do nich zaliczam. Pamiętam, że będąc szczenięciem, chyba 8/9-więcioletnim, pojechałam sama, korzystając z komunikacji miejskiej, na drugi koniec miasta po mamę do pracy. W dodatku była to podróż z przesiadką (tramwaj + autobus). Byłam z siebie naprawdę dumna i blada i wdzięczna rodzicom, że byli na tyle odważni aby mi zaufać i samą puścić. Ciekawe czy takie wspomnienia z dzieciństwa przełożą się na wychowanie naszego szkraba. Czas pewnie pokaże.
A dlaczego ja dzisiaj o tym? Otóż, przeczytałam właśnie ten oto świetny artykuł na gazecie wyborczej o dzieciach zielono-nóżkach.
A dlaczego ja dzisiaj o tym? Otóż, przeczytałam właśnie ten oto świetny artykuł na gazecie wyborczej o dzieciach zielono-nóżkach.
piątek, maja 21, 2010
Kolorowy swiat malucha czyli zlobkowa nora
Wybralismy sie ze Stefkiem na zwiady do jednego z ”lepszych” zlobkow w okolicy, nota bene polecanego przez jednego z moich szefow.
Nie, nie jestem za tym zeby oddawac 3 miesieczna kruszyne, na dobra sprawe jeszcze wegetujaca, do zlobka. Uwazam, ze to stanowczo za wczesnie, i chyba chcialam sie tylko utwierdzic w tym przekonaniu.
Otoz jak to wyglada?
Dzieci przyjmowane sa juz - uwaga – od 6 TYGODNIA (i czy to nie jest brutalizm/egoizm)!!! Osobne klatki dla dzieciakow od 6 tyg. – do 6 m-ca; od 6 m-ca do roku i dla tych powyzej roku, co to juz na swoich nogunach potrafia sie utrzymac.
Takie rozwiazanie akurat mi sie podobac, ale podobno nie wszedzie taka polityka.
Muzyczka w tle na recepcji zapodana, mile powitanie, usmiech przyklejony do twarzy pani przewodnik, optymistyczne nastawienie - zapraszamy na wycieczke.
Pierwszym punktem wycieczki bedzie klatka na niemowlakow, ktora jest niemalze wysterylizowana (alergia w przyszlosci zagwarantowana) - bez szpitalnych butow nikt nie ma prawa wstepu.
Okno na swiat (znaczy sie na parking) jest, ale bez mozliwosci uchylenia/otwarcia.
Pokoik malusienki, bo lozeczka zajmuja ¾ miejsca. Normalnie mozna sie klaustrofobii nabawic, nie mowiac juz o braku swiezego powietrza. A przeprzaszam, przeciez klimatyzacja hula.
Na moje pytanie czy dzieci sa wyprowadzane na pole (bo ja Krakus :), przewodnik odpowiada: o "NIE, nie ma takiej mozliwosci, dzieci sa jeszcze stanowczo za male." Wychodzi na to, ze gnija w tej klatce przez caly dzien bez mozliwosci dostania naturalnej dawki witaminy D. Ale w sumie, po co nam promienie sloneczne jak mozna zapodac suplement w postaci tableteczki.
Zabawek swoich, znaczy malucha edukacyjnych nie mozna przyniesc, nawet tych wysterylizowanych. Dzieko spedza czas albo w lozeczku albo w tak zwanym kolysaczu.
Z plusow jedyne tylko to, ze kazde bobo ma swoje lozeczko (posciel zmieniana codziennie), mleko, pieluchy, etc. sa przyniesione z domu. Jedna opiekunka przypada maksymalnie na dwa niemowleta.
Nie ma narzuconego grafiku dnia, wszystko elastyczne w zaleznosci od okolicznosci czyli maluch narzuca co bedzie w danej chwili robil.
Oraz po kazdym dniu, rodzic dostaje raport z informacja ile kupek bobo zrobilo, jak dlugo marudzilo, ile zjadlo, spalo, itd.
Dobrze, zapraszamy teraz do NORY. A dlaczego nory? Otoz dzieciom powyzej 6 m-ca okno na swiat juz nie jest potrzebne. Jak sie dzieko nie napatrzylo na samochody parkujace i odjezdzajace przez pare ostanich miesiacy swojego zywota, to jego strata (z drugiej strony niemowle wzrokiem daleko nie siega wiec moze powinnam pomyslec, ze to zadna strata). Ewentualnie jak pogoda pozwoli, to spacer RAZ dziennie bedzie przewidziany co by nadrobic straty. Generalnie, w norce troche smierdzi i jest duszno. Po dwoch sekundach mialam serdecznie dosc.
Wielkosciowo pomieszczenie niczym sie nie rozni od poprzedniego, lozeczka zajmuja polowe, druga polowa przeznaczona dla raczkow nie-boraczkow.
Przechodzimy dalej mijajac plac zabaw dla starszych dzieciakow mieszczacy sie na sali obok (ZE CO, plac zabaw w pomieszczeniu?!?!?!? widocznie mam nieco inne wyobrazenie gdzie powinien sie znajdowac plac zabaw), oczywiscie bez okien. Az chce sie BAWIC!
W salce obok, a przepraszam, na placu zabaw opiekunka praska pila o sciane (myslac, ze dzieci swietnie sie bawia), wykrzykujac radosnie yeeee, a dzieci generalnie stoja nieruchomo, bez zadnego wigoru jak muchy w smole. A gdzie jakas interakcja z dzieckiem czyli rzucamy delikatnie pileczke, dzieko probuje zlapac, odrzucic?? Masakra jakas!!! Nie wiem, moze wyciagam pochopne wnioski po paru minutach wizyty, ale nie zrobilo to na mnie najlepszego wrazenia.
"Maja panstwo ochote zobaczyc sale dla ”starszakow”?" Dlaczego nie, teraz to juz chyba mnie nic nie zdziwi.
Otwieraja sie drzwi – niesamowite, naturalne swiatlo wpada przez okna.
Sala w sumie srednich rozmiarow (bardzo wzgledne pojecie, wiem – powiedzmy, ze 20m2), gdzie polowa przeznaczona jest na jadalnie - dwa czy trzy male stoliczki, przy kazdym cztery krzeselka. Druga polowa z miejscem do zabawy i na, nie wiem co to bylo, bo lozeczkiem/materacem bym tego nie nazwala. Wielkosciowo cos a’la mata na zajecia z jogi, moze troche krotsze wygladajace jak stepper. Grunt to moc uciac sobie drzemke w komfortowych warunkach.
Posilki dla starszych dzieciakow sa przygotowywane na miejscu, ale cudow sie nie spodziewam. Naogladalam sie programu Jamie Olivier’a (dla zainteresowanych zapraszam na jego strone), ktory dobitnie zobrazowal czym dzieciaki sa karmione w juesejskich szkolach wiec odpowiednio sobie wyobrazilam i zlobek. Zapytalam tylko czy mozna przynosic swoje jedzenie. Oczywiscie, ze nie. Tylko w przypadku gdy dziecko jest alergikiem i nie akceptuje serwowanych potraw.
Nie pytalam sie juz jak wyglada program edukacyjny dla dzieci w przedziale wiekowym 1-3, bo tym sie bede martwila jak przyjdzie na to pora. Pewnie jak mala skonczy roczek, to nas juz dawno tu nie bedzie.
No coz, widocznie mam wygorowane wymagania, moze jestem z innej epoki (nie da sie ukryc, PRL’u), moze nie powinnam porownywac realiow hamerykanskich do polskich (ktore musze przyznac sa chyba o niebo lepsze), ale za zadne skarby swiata nie oddam malej do takiego zlobka. I chyba nie jestem jedyna w tej bajce - zapraszam na bloga kolezanki, ktora wyczerpujaco opisala jak wyglada jedno z przedszkoli w Houston (przyznam, ze po przeczytaniu sie zalamalam).
A tak nawiasem, gdyby kogos interesowalo – tygodniowy koszt zlobka $350 (sa i takie, gdzie mozna zostawic $500 - bez komentarza)
Nie, nie jestem za tym zeby oddawac 3 miesieczna kruszyne, na dobra sprawe jeszcze wegetujaca, do zlobka. Uwazam, ze to stanowczo za wczesnie, i chyba chcialam sie tylko utwierdzic w tym przekonaniu.
Otoz jak to wyglada?
Dzieci przyjmowane sa juz - uwaga – od 6 TYGODNIA (i czy to nie jest brutalizm/egoizm)!!! Osobne klatki dla dzieciakow od 6 tyg. – do 6 m-ca; od 6 m-ca do roku i dla tych powyzej roku, co to juz na swoich nogunach potrafia sie utrzymac.
Takie rozwiazanie akurat mi sie podobac, ale podobno nie wszedzie taka polityka.
Muzyczka w tle na recepcji zapodana, mile powitanie, usmiech przyklejony do twarzy pani przewodnik, optymistyczne nastawienie - zapraszamy na wycieczke.
Pierwszym punktem wycieczki bedzie klatka na niemowlakow, ktora jest niemalze wysterylizowana (alergia w przyszlosci zagwarantowana) - bez szpitalnych butow nikt nie ma prawa wstepu.
Okno na swiat (znaczy sie na parking) jest, ale bez mozliwosci uchylenia/otwarcia.
Pokoik malusienki, bo lozeczka zajmuja ¾ miejsca. Normalnie mozna sie klaustrofobii nabawic, nie mowiac juz o braku swiezego powietrza. A przeprzaszam, przeciez klimatyzacja hula.
Na moje pytanie czy dzieci sa wyprowadzane na pole (bo ja Krakus :), przewodnik odpowiada: o "NIE, nie ma takiej mozliwosci, dzieci sa jeszcze stanowczo za male." Wychodzi na to, ze gnija w tej klatce przez caly dzien bez mozliwosci dostania naturalnej dawki witaminy D. Ale w sumie, po co nam promienie sloneczne jak mozna zapodac suplement w postaci tableteczki.
Zabawek swoich, znaczy malucha edukacyjnych nie mozna przyniesc, nawet tych wysterylizowanych. Dzieko spedza czas albo w lozeczku albo w tak zwanym kolysaczu.
Z plusow jedyne tylko to, ze kazde bobo ma swoje lozeczko (posciel zmieniana codziennie), mleko, pieluchy, etc. sa przyniesione z domu. Jedna opiekunka przypada maksymalnie na dwa niemowleta.
Nie ma narzuconego grafiku dnia, wszystko elastyczne w zaleznosci od okolicznosci czyli maluch narzuca co bedzie w danej chwili robil.
Oraz po kazdym dniu, rodzic dostaje raport z informacja ile kupek bobo zrobilo, jak dlugo marudzilo, ile zjadlo, spalo, itd.
Dobrze, zapraszamy teraz do NORY. A dlaczego nory? Otoz dzieciom powyzej 6 m-ca okno na swiat juz nie jest potrzebne. Jak sie dzieko nie napatrzylo na samochody parkujace i odjezdzajace przez pare ostanich miesiacy swojego zywota, to jego strata (z drugiej strony niemowle wzrokiem daleko nie siega wiec moze powinnam pomyslec, ze to zadna strata). Ewentualnie jak pogoda pozwoli, to spacer RAZ dziennie bedzie przewidziany co by nadrobic straty. Generalnie, w norce troche smierdzi i jest duszno. Po dwoch sekundach mialam serdecznie dosc.
Wielkosciowo pomieszczenie niczym sie nie rozni od poprzedniego, lozeczka zajmuja polowe, druga polowa przeznaczona dla raczkow nie-boraczkow.
Przechodzimy dalej mijajac plac zabaw dla starszych dzieciakow mieszczacy sie na sali obok (ZE CO, plac zabaw w pomieszczeniu?!?!?!? widocznie mam nieco inne wyobrazenie gdzie powinien sie znajdowac plac zabaw), oczywiscie bez okien. Az chce sie BAWIC!
W salce obok, a przepraszam, na placu zabaw opiekunka praska pila o sciane (myslac, ze dzieci swietnie sie bawia), wykrzykujac radosnie yeeee, a dzieci generalnie stoja nieruchomo, bez zadnego wigoru jak muchy w smole. A gdzie jakas interakcja z dzieckiem czyli rzucamy delikatnie pileczke, dzieko probuje zlapac, odrzucic?? Masakra jakas!!! Nie wiem, moze wyciagam pochopne wnioski po paru minutach wizyty, ale nie zrobilo to na mnie najlepszego wrazenia.
"Maja panstwo ochote zobaczyc sale dla ”starszakow”?" Dlaczego nie, teraz to juz chyba mnie nic nie zdziwi.
Otwieraja sie drzwi – niesamowite, naturalne swiatlo wpada przez okna.
Sala w sumie srednich rozmiarow (bardzo wzgledne pojecie, wiem – powiedzmy, ze 20m2), gdzie polowa przeznaczona jest na jadalnie - dwa czy trzy male stoliczki, przy kazdym cztery krzeselka. Druga polowa z miejscem do zabawy i na, nie wiem co to bylo, bo lozeczkiem/materacem bym tego nie nazwala. Wielkosciowo cos a’la mata na zajecia z jogi, moze troche krotsze wygladajace jak stepper. Grunt to moc uciac sobie drzemke w komfortowych warunkach.
Posilki dla starszych dzieciakow sa przygotowywane na miejscu, ale cudow sie nie spodziewam. Naogladalam sie programu Jamie Olivier’a (dla zainteresowanych zapraszam na jego strone), ktory dobitnie zobrazowal czym dzieciaki sa karmione w juesejskich szkolach wiec odpowiednio sobie wyobrazilam i zlobek. Zapytalam tylko czy mozna przynosic swoje jedzenie. Oczywiscie, ze nie. Tylko w przypadku gdy dziecko jest alergikiem i nie akceptuje serwowanych potraw.
Nie pytalam sie juz jak wyglada program edukacyjny dla dzieci w przedziale wiekowym 1-3, bo tym sie bede martwila jak przyjdzie na to pora. Pewnie jak mala skonczy roczek, to nas juz dawno tu nie bedzie.
No coz, widocznie mam wygorowane wymagania, moze jestem z innej epoki (nie da sie ukryc, PRL’u), moze nie powinnam porownywac realiow hamerykanskich do polskich (ktore musze przyznac sa chyba o niebo lepsze), ale za zadne skarby swiata nie oddam malej do takiego zlobka. I chyba nie jestem jedyna w tej bajce - zapraszam na bloga kolezanki, ktora wyczerpujaco opisala jak wyglada jedno z przedszkoli w Houston (przyznam, ze po przeczytaniu sie zalamalam).
A tak nawiasem, gdyby kogos interesowalo – tygodniowy koszt zlobka $350 (sa i takie, gdzie mozna zostawic $500 - bez komentarza)
środa, maja 19, 2010
Jeszcze tylko maj, czerwiec i....
...wakacje :), które zaczniemy nietypowo od porodówki, a później hacjenda przez 12 tyg. czyli macierzyński. Tak, mam to szczęście, że będę mogła opuścić stanowisko pracy na CAŁE 12 tygodni, co w juesej można nazwać rarytasem (ba, nawet będę miała płacone 100%, a to już w ogóle raj na ziemi), ale z mojego punktu widzenia jest to czysty kapitalizm-brutalizm. Co prawda, jak wszystko dobrze pójdzie, to może nawet nie będę musiała brać pod uwagę scenariusza pozostawienia 3 miesięcznego maleństwa pod opieką obcej osoby, ale homo - nigdy nic nie wiadomo, ja do pracy wrócić muszę tak czy siak i w związku z tym trzeba być na wszystko przygotowanym więc na dzień dzisiejszy powrót do pracy po tak krótkim okresie czasu mnie przeraża. Ale, ale póki co, tryskam optymizmem i pracuje wytrwale dopóty, dopóki mi wody nie odejdą, a później się zobaczy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)