wtorek, sierpnia 10, 2010

A świstak siedzi i tym razem już zawija...

Małego szkraba w burrito :D

Kamila przyszła na świat 19 lipca, z czupryną na głowie, otwartymi szeroko oczami i najprzyjemniejszym wrzaskiem dla ucha matki, pewnie p.t. "Ehh, a gdzie ja jestem i dlaczego wyciągnęliście mnie z mojego przytulnego gniazda?!"

Małej żabie, a w zasadzie nie takiej małej - 53cm i 3495g - nigdzie się nie spieszyło, siła została wyciągnięta 6 dni po planowanym terminie. Poród do łatwych nie należał (a są takie?), przynajmniej według moich kategorii, ale nie zmieni to faktu, że był to najpiękniejszy dzień w moim życiu. :)

A teraz, każdego dnia rośniemy (smoczurek ma już 3 tygodnie i waży całe 4kg) i wzajemnie się poznajemy, a to jak na razie pożera całe moje zasoby energii więc ciężko usiąść do kompa, zebrać myśli i przelać na elektroniczny papier. Jak się mama wdroży, to pewnie skrobnie co nieco od czasu do czasu.

poniedziałek, lipca 12, 2010

A swistak ”siedzi” i... i wije gniazdo

Od jakiegos tygodnia, no moze troche dluzej, trzyma mnie za reca i nogi syndrom wicia gniazda (nesting syndrome) i nie puszcza. Uczepil sie wiesniak jak rzep psiego ogona. Energii mam za dwoch, co powoduje, ze mnie cholernie roznosi. Latam po chacie jak strus pedzi wiatr, gora, dol, dol, gora (glownie fizycznie pracujac) i raczej nie da sie mnie zatrzymac – robie myk, myk i pozostawiam za soba smuge dymu. :D Na pupsku nawet minuty nie usiedze czyli relaks i czytanie ksiazki kompletnie odpada. Klade sie spac dobrze po polnocy, a budze juz o 5-tej, po prostu rewelka.

A wszyscy doradzaja, spij kobieto, bo pozniej nie bedziesz mogla, odpoczywaj, zbieraj sily na final... tia, to chyba nie jest realne w moim przypadku. Poza tym, chetnie zakupilabym dawke cierpliwosci, bo tego zaczyna mi powoli brakowac, a przeciez planawany termin dopiero na jutro. No coz, nalezy sobie powtarzac, kilka dni czekania w obliczu minionych 9 miesiecy, to przeciez pestka.

środa, czerwca 16, 2010

Przegląd wydarzeń: 9 miesięcy – ciąża

Jak odliczanie, to może przy okazji krótkie podsumowanie.

Patrząc z perspektywy ostatnich ośmiu miesięcy, które naprawdę szybko przeleciały i dużo pozytywnych emocji wywołały, ciąże ogólnie zaliczam do przyjemnego stanu bycia (przygody, sprzyjający apetyt, zachcianek niestety brak, edukacja, podróże i wahania nastrojów wywołane przez hormonów burze), ale gdybym była słonicą, pewnie inne miałabym zdanie. 9 miesięcy w zupełności wystarczy, zgodzą się ze mną Drogie Panie?

Z wehikułem czasu:

Miesiąc pierwszy
– żyjemy w błogiej nieświadomości nadchodzących zmian okoliczności i planujemy wycieczkę do Mehiko na święto Indora

Miesiąc drugi
– odkrycie pasażera (aha, wyczuł Mehiko nosem – hotel all inclusive, gorąca plaża, ruiny Majów – a co sobie będzie żałował, dołącza do ekipy dwóch włóczykijów i koniec kropka, a to dopiero początek rozdziału roztropka)

Miesiąc trzeci
– pierwsze widzenie: „Proszę się tak na mnie nie patrzyć, na razie wyglądam jak żaba, ale z czasem będę wyglądać jak prawdziwa baba :)" – zadowolniona w stanie nieważkości zapowiada się na 13 lipca.
Ogólne zmęczenie popołudniowe zaczyna się odzywać, za to porannych przygód nie doświadczam, jedynie brzuchol musi być napełniony 24 na dobę co by nie dopadło uczucie lekkiego kacorka. Za dobre zachowanie i kooperacje, i to ze, święta, święta czas podróżowania, zabieramy żabkę do Nju Jorku.

Miesiąc czwarty – kolejne widzenie, tym razem ukazuje się mały człowieczek, który zaczyna się rozrastać i naciskać mamie na nerw rwy kulszowej. BÓL nie do opisania, przez dobry tydzień gryzę ściany, nie mogę chodzić, leżeć, stać i z tego wszystkiego spać. I ktoś tu mówił, że ciążą należy się cieszyć, tiaaa a ja nic tylko WYJE...No cóż, life is brutal and full of zasadzkach and sometimes nerwas w dupas.

Miesiąc piąty – robak wspina się na kolejny szczebel drabiny odpuszczając z nerwa, ale żeby nie było za kolorowo, chodzę sobie ze zdrętwiałą stopą. Ale co tam stopa, jak mały pasożyt zaczyna strzelać pierwszymi kopniakami, od razu zapomina się o jakichkolwiek niedogodnościach. Wybieramy się na kolejne widzenie – jak mawiała, żaba babą się stała. Miło mieć sojusznika na pokładzie chociaż muszę przyznać (jak dziwnie to brzmi), że zajęło mi dobry tydzień przestawienie świadomości, ze na pokładzie nie ma męskich kości.

Miesiąc szósty – po przygodach z nerwami, wszystko wraca do normy; sielankowe życie (szkoda, że w abstynencji, bo aura sprzyjająca, do chluśnięcia zimnego piwka zachęcająca), brzuchol w końcu się pompuje.

Miesiąc siódmy – no żesz, kolejna przygoda – ząb mądrości ze snu mnie budzi i przyszła mama nieźle przy tym marudzi. ALE na szczęście sonogram 3D rekompensuje ból. Mała za bardzo nie chciała się wdawać w interakcje z nami - ziewnęła z cicha, założyła noguna na głowę - tak to już jest z babami.
W związku, że dawno nigdzie nie podróżowaliśmy, zabieramy małą do Ohio, odwiedzić rodzinkę i pokazać wieś spokojną, wieś wesołą.

Miesiąc ósmy
– już niedługo, coraz bliżej... brzuchol się rozrasta, my się szkolimy i ćwiczymy wdechy i wdechy na weekendowym kursie rodzenia, przygotowania w toku, generalnie bez większych zmian. Pozytywny przypływ energii i wyjazd nad ocean co by się trochę pobyczyć i zrelaksić.

Miesiąc dziewiąty - rolka się roluje, nierealistyczny stan bycia... podekscytowanie i strach. A będzie rozwarcie i parcie, rach ciach ciach i... i ciąg dalszy nastąpi...

niedziela, czerwca 13, 2010

13-nastego wszystko zdazyc sie moze

Na szczescie jeszcze sie nie zdazylo i nadal jestem w jednej czesci wiec
drodzy panowie i drogie panie, powoli zaczynamy odliczanie.
Tygodni do dnia wielkiego-upragnionego zostalo tylko ctyry, ale jak wiadomo, teraz na kazda chwile trzeba byc juz przygotowanym (oby mi tylko wody nie odeszly w pracy, ale znajac moje szczescie, to kto wie... ), z torba w recach spakowanym.

wtorek, maja 25, 2010

W Polsce dyscy zabami, u nas prezentami czyli Baby Shower

Ja leniwiec czasem jestem (jak klikniecie na slowo leniwiec to zobaczycie jaki - po tylku tez sie lubie czasem poskrobac :D) wiec w woli wstepu co to takiego ten baby shower odsylam niewtajemniczonych na ta stronke. :)

Oprocz tego, ze leniwiec to i wybredzioch okrutny, a co za tym idzie, idea zebrania sie bab przekupek (w tym przypadku autochtonskich) do qpy, bajczenia bez mozliwosci lykniecia sobie lampki dobrego czerwonego, gry i zabawy, przyklejony sztuczny usmiech do twarzy, piskliwy okrzyk radosci przy otwieraniu kazdego prezentu nawet tego, ktory nie podpadl przyszlej mamie do gustu (ale darowanemu koniowi wiadomo co, dziekuje sie tutaj za gift receipt (paragon) i leci sie na drugi dzien do sklepu oddac lub wymienic :) nie podpadla mi specjalnie do gustu. Zreszta nasza polska tradycja swietowanie przed narodzeniem szkraba chyba nigdy nie bylo w modzie. Chociaz z drugiej strony wiem, ze w Polsce swietnie bym sie bawila w psiapsiolskim gronie na zlocie brzuchatych, ale to taka dygresja.

I czy baby shower przypadl do gustu czy nie, za duzego wyboru nie mialam. Kumpele sie postawily i dyscyk zorganizowaly. Postawilam tylko jeden warunek (bo nie bylabym soba): imprezka z grillem, procentami, chopami i pod naszym dachem. Towarzycho polsko-amerykanskie wiec trzeba bylo dorzucic naszego lokalnego akcentu. :)

Mowisz – masz i imprezka wyszla calkiem przednia. Chata zostala udekorowana, przyozdobiona balonami i swiezymi kwiatami, zarelka mnostwo na stole, gry a i owszem tez byly (co prawda wiekszosc nie poswiecala chyba zbytnio im uwagi :), byly i schlodzone procenty, chopy siedzace na tarasie wtorujace Stefkowi, ktory zaciecie grillowal i oczywiscie tort rozmiarow amerykanskich i male upominki dla gosci.
Bylismy ze Stefkiem naprawde bardzo milo zaskoczeni (dziewczyny stanely na wysokosci zadania) i zadowolnieni, ze moglismy sie tak wszyscy zebrac do qpy, bo pozniej sami wiecie, bedzie roznie i podluznie.

poniedziałek, maja 24, 2010

Gabinet kosmetyczny

33 tygodniowy babel w brzucholu, a mamuska byla wstanie wlasnorecznie sie wypedicurowac bez wiekszych akrobacji. Zoska-Samoska byc z siebie zadowolniona, ze jeszcze nie musi byc od drugiej osoby uzalezniona.

niedziela, maja 23, 2010

Dzieci Wolnego Chowu

I ja chyba się do nich zaliczam. Pamiętam, że będąc szczenięciem, chyba 8/9-więcioletnim, pojechałam sama, korzystając z komunikacji miejskiej, na drugi koniec miasta po mamę do pracy. W dodatku była to podróż z przesiadką (tramwaj + autobus). Byłam z siebie naprawdę dumna i blada i wdzięczna rodzicom, że byli na tyle odważni aby mi zaufać i samą puścić. Ciekawe czy takie wspomnienia z dzieciństwa przełożą się na wychowanie naszego szkraba. Czas pewnie pokaże.

A dlaczego ja dzisiaj o tym? Otóż, przeczytałam właśnie ten oto świetny artykuł na gazecie wyborczej o dzieciach zielono-nóżkach.